Dostałam od ucznia książkę, napisaną przez jego mamę. Miło. Każdy prezent to bardzo miły gest, a taki to już w ogóle. Zastanawiam się, jak mogłabym się odwdzięczyć?
– Mężu, upieczesz chleb?
- Znowu chcesz częstować w pracy?
- Nie, tym razem dla pani Agi – autorki. Twoim chlebem chcę jej podziękować za książkę – wyjaśniam.
I żeby go
jeszcze bardziej namówić, szybciutko dodaję wyrafinowany komplement:
- Twój chleb czyni cuda, zbliża ludzi, mosty
burzy, otwiera serca, uzdrawia…
(No chyba że ktoś jada
bezglutenowo, wtedy klops. Bezglutenowy klops.)
Ale nie ma po co rozkminiać
cudzych alergii, bo tuż po chwili słyszę:
- Nic z tego. Nie
mam nic przeciwko pani Adze, ale pomysł, by wysługiwać się moim chlebem w celu
przypochlebienia się komuś, wydaje mi się naprawdę żałosny. Zwłaszcza w tej
sytuacji. Nie powinnaś odwdzięczyć się czymś, co sama zrobisz, sama napiszesz? Przecież TEŻ piszesz.
- Ale ja nie mam czym się odwdzięczyć. Bo nie
piszę! I nic innego nie artystycznego nie robię! Od kilku miesięcy głównie pracuję,
poświęcam się na ołtarzu edukacji. A gdy mam wolne i próbuję coś zdziałać,
energii twórczej wystarcza mi jedynie na ugotowanie obiadu…
- No różnie z tym bywa… - przerywa moje gorzkie żale mąż.
-Mógłbyś być bardziej wyrozumiały.
- Staram się, ale trudno być wyrozumiałym z
pustym brzuchem. A z powodu twoich rozterek, mniej lub bardziej (mniej)
wydumanych, często doskwiera mi to wymowne burczenie. Uważam, że to twoje
pisanie czy niepisanie - to wszystko kwestia planu. Zrobiłabyś plan, dałabyś
radę ze wszystkim.
- Dałabym albo i nie. Bo jeszcze trzeba mieć
pomysły. A tu susza, pustka, null. Wyć mi się chce! Ale już coraz ciszej.
Przechodzę w stan rezygnacji. Pogodziłam się z tym, wszystko sobie
zracjonalizowałam, w stylu takiej jednej polonistki, znajomej z dawnych lat.
Zapytałam ją kiedyś, dlaczego nie pisze, choć wiadomo, że o tym marzy. Odpowiedziała,
że plany pisarskie odłożyła na emeryturę. Jakie to żałosne, pomyślałam wtedy, przecież
trzeba walczyć o siebie, o swoje marzenia. A teraz wydaje mi się, że to wcale
niegłupie, rozsądne nawet…
Przecież do emerytury niedaleko…
***
Nie wiadomo właściwie, kiedy,
jakim sposobem rozmowa o książce i chlebie przeistacza się w lamentację
pracoholiczki i starej baby. Widocznie jednak dla mojego męża to za wiele, bo wyjątkowo dynamicznie (jak na jego standardy) podnosi się z kanapy. Podnosi też głos, którego wcześniejszy ton sugerował średnie zaangażowanie w rozmowę. No ale teraz to on już nie
może, więc uderza w tony protestacyjne:
- O czym ty mówisz, dziewczyno? O jakiej
emeryturze? Ile ty masz lat? Nie mogę już tego słuchać. Jaka to niby
racjonalizacja? Chyba dezercja!
- Dezercja? Wypraszam sobie, ja nigdy znikąd
nie zdezerterowałam.
- Tak, a z własnego bloga to może nie?
- Z niczego nie zdezerte…
- Sre sre sre ! Siadaj i pisz.
- Łatwo powiedzieć…
- Będzie wpis, będzie chleb…
- Dla pani Agi?
- A wiesz chociaż, czy nie jest bezglutenowa?
No, kurczę, nie wiem, ale może
kiedyś zapytam, jeśli będzie okazja. Opowiem wtedy o jej własnej książce, która
– nieprzeczytana jeszcze, samą swą obecnością zachęcająca, ale też
zawstydzająca, przypomniała mi o tym, co lubię robić. Pisać.
W tym przypominaniu znaczący udział miał oczywiście mój kochany mąż.
Ale o tym sza:)
PS. Chleb by się komuś przypochlebić. Niczym bardziej.
Komentarze
Prześlij komentarz